Nie lubię się za to.
Nie... To za mało.
Nie cierpię się za to. I nie cierpię tego uczucia rano zwanego moralniakiem, kiedy każda myśl, dająca się odtworzyć sprawia, że metalowa obręcz zaciska się mocno wokół mojej piersi a szpikulec do lodu przebija mi mózg.
Rzadko kiedy do tego wesołego duetu nie dołącza jeszcze prawdziwe fizyczne skacowanie, objawiające się bardzo rzeczywistym bólem trzewi.
Nie cierpię się za to.
Dlaczego tyle pije, skoro wiem, że nie umiem się wtedy do końca kontrolować?
Bo lubię? To na pewno. Nie widzę sensu oszukiwać się w tej kwestii. Piję bo lubię, piję bo mogę, piję bo mnie stać (zwykle). [o rany te wywody przypominają mi teksty z ciekawego filmu, który niedawno obejrzałam, z aniołem w tytule]
Ale dlaczego potem robię tyle głupich rzeczy. I to jeszcze najczęściej ludziom których naprawdę lubię.
Kilka chwil dobrej zabawy, z których połowy i tak nie pamiętam, a rano Zażenowanie przez wielkie "Z".
A może ja się czuję jakaś niedowartościowana i alkohol mi pomaga? No kurde, co jak co, ale na trzeźwo też potrafię poszaleć.
Nie wiem, ale źle mi z tym.
Szczególnie rano.
Szczególnie po tylko jedną piosenkeeeee plisssss.
a najgorsze jest to, że po następnej imprezie będzie tak samo.
heh :)