środa, 23 kwietnia 2014

Święta święconka

Jak co roku, także i w tym roku święceniem koszyczka zajęłam się ja. Ten przywilej generalnie jest zarezerwowany dla najmłodszych, a że u mnie w rodzinie młodszych ode mnie nie ma. Cóż. Oczywiście nie biorę tu nawet pod uwagę mojej ukochanej siostry, która z pasją maniaka twierdzi, że takie święcenie koszyczka mogłoby jej wyrządzić ogromną krzywdę na całe jej dalsze ateistyczne życie. Trudno. Przywykłam, że nie ma co się spierać, bo i tak koniec końców do kościoła pójdę ja. 
W tym roku jednak spotkała mnie nagroda i mój tato po względnie szybkiej namowie zgodził się pójść ze mną.
Mimo że święcenia odbywają się od 7 do 17 co pół godziny, na specjalnym stole nie było już miejsca. Musiałam trzymać swój koszyczek w rękach i nie dać się zepchnąć, co by mnie na pewno dosięgnęła święcona woda. 
Ksiądz zaczął modlitwę, pobłogosławił jajka, wszyscy się przeżegnali,  pobłogosławił kiełbasę, wszyscy się przeżegnali, błogosławił dalej i dalej wszyscy ciągle się żegnali. Damn. Stałam w tym kościele a w środku po prostu się we mnie gotowało. 
Ludzie?! Czy wy jesteście kiełbasami, jajkami, czy przyprawami?! 
Za każdym razem ciągle to samo. Normalnie miałam ochotę zapytać panią obok czy ona w ogóle słucha co się wokół niej dzieje. 
Zirytowałam się na tyle, że w ogóle nie mogłam się skupić. Głupi ludzie.
Humor poprawiła mi dopiero moja siostra w domu. Kiedy opowiedziałam jej o całej tej historii, stwierdziła, że może ktoś się czuje kiełbasą i wziął to błogosławieństwo do siebie.
Pobożność ludzi nie zna granic. 

piątek, 18 kwietnia 2014

Mojemu Marquezowi.

Byłeś mi pierwszym Wielkim Pisarzem
Byłeś przygodą, fascynacją, drogą
Byłeś myślami pięknie ubranymi
Byłeś historiami niewiarygodnymi.
Byłeś promieniem na młodzieńczej drodze
gdy chmury akurat zasłaniały niebo
Byłeś kompasem w dalekiej podróży
Która już nigdy się nie wydłuży...

Do pułkownika w złej godzinie, w stu latach jesieni, w kronice śmierci,
Do generała w labiryncie, czasach miłości i czasach zarazy
Do tułających się demonów i smutnych dziwek

nie dołączy już nikt...

Cześć Twej Pamięci Wielki Pisarzu.

Słowo na Piątek

Dziwaczna myśl mnie dzisiaj naszła z rana.
Już wczoraj rozmawialiśmy z Łysym., że jutro będzie Wielki Piątek i post absolutny. Zrobiłam mu nawet kanapki do pracy, żeby go nie kusiło kupowanie jakiegoś mięcha. Chociaż co roku tłumacze mu jak 5. latkowi, o co chodzi z tym postem ścisłym i kiedy on jest faktycznie ścisły a kiedy to już tylko tradycja, nie spodziewam się, że coś z tego zapamięta, skoro za każdym razem w Środę Popielcową pyta czy za dwa dni będzie Wielki Piątek. Ech.
Dla mnie post to bardziej miara wyrzeczeń, niż niejedzenie mięsa sensu stricto. I tak sobie pomyślałam, idąc rano do kuchni i myśląc co by się nadawało na śniadanie, że z postem ścisłym, w tym nieco szerszym ujęciu, jest trochę jak z intubacją
Jak Ci chociaż przejdzie przez głowę, że czegoś tam może by można było nie zjeść, albo nie zrobić, bo to będzie właśnie poświęcenie, to znaczy, że już jest za późno i że tego właśnie masz nie zrobić. Zupełnie jak z intubacją - jak Ci przejdzie przez głowę, że trzeba by pacjenta zaintubować, zrób to, bo to znaczy, że już jest za późno :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie przeklinam już w miejscu publicznym.

Poranek w autobusie obfituje w wiele historii rodem z Hollywood, czasem Bollywood, a czasem po prostu z rynsztoka. Co je jednak wszystkie łączy? To, że wszyscy w odpowiednim promieniu stają się niemymi słuchaczami.
7.10. Siedzę tyłem do kierunku jazdy, przy oknie, żeby umożliwić komuś bezkolizyjne zajęcie miejsca obok i przy drzwiach - strategia w komunikacji to moje drugie imię, wiec i wysiadać musi się ergonomicznie. Wzrok mam wbity w telefon, Defender lvl. 450 zobowiązuje i absorbuje całą moją uwagę, nie mówiąc o moim biednym kciuku.
Czuje, że ktoś się przysiada, ale i to nie jest w stanie oderwać mojego wzroku od ekranu komórki.
Jako że gra wymaga ode mnie wielkiego zaangażowania intelektualnego, dobrą chwilę zajmuję mi skupienie uwagi na przesympatycznych młodych winoroślach niedaleko mnie. Nie ukrywam, że pomogło mi przy tym akcentowane przez nie, nieco z obca brzmiące, słowo, jakoś kurwa czy coś.
Słuchanie o tym, jak się 'połkowały' na fejsie, ku*wa, jak jedna wyrywała studenta, czaj motyw ku*wa, studenta i on był rocznik 94, no czaj to w ogóle, naprawdę odmieniło moje życie. A już w momencie kiedy usłyszałam historię z ostatniej imprezy, jak to się ku*wa nie nawaliły i jak to nie było ku*wa zajebiście, poczułam, że moje życie odmieniło się naprawdę.
Dobrze, że właśnie musiałam wysiadać, bo nie wiem czy moje serce zniosłoby dalszą opowieść.
Jedyne co cisnęło mi się na usta wychodząc i widząc te naprawdę niebrzydkie dziewczyny, to proste
"Kurwa pierdolisz, serio?"

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Do przyjaciela.

Dziękuję Ci, za miliony chwil urwanych ze wszystkich możliwych wymiarów, by słuchać mojego marudzenia, albo narzekania, albo cudownych, nieodkrytych wcześniej, złotych myśli, albo smutków, albo radości, albo tryliona głupot, które narobiłam w swoim życiu.
Podobno kłamstwo jest w ludzkiej naturze utkwione tak głęboko jak grzech pierworodny. Cholernie głęboko więc. Dziękuję Ci za to, że zawsze mogę powiedzieć prawdę, ale nie taką z dostępem publicznym, taką, którą niektórzy ukrywają sami przed sobą. Mogę Ci zdradzić moje najprawdziwsze smutki i głupie radości a każde z nich nieubrane w żadne przyzwoitości. Mogę Ci wiercić w brzuchu dziurę ogromną, od której każdy inny by umarł, a Ty uśmiechasz się po prostu, i mówisz wierć dalej. Mimo, że czasem śmiejesz mi się w twarz, nie mogąc wytrzymać irracjonalności moich problemów, wiem, że gdyby było trzeba razem ze mną pochowałbyś trupa.
Dzięki Ci, że jesteś.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Niebezpieczna myśl.

Dzień zupełnie pomieszany.
W głowie mam totalny szał.
Nie mogę zebrać myśli.
Po głowie od rana chodzi mi tylko jeden utwór.
No chodź, chodź ze mną do łóżka.
Czuje się spanikowana. Jakby powietrze wokół mnie zostało odessane. Serce mi wali.
Zrobię to byś bać się przestała. Będę całował twoje palce. Będę dotykał twoje nagie ciało.
Czuje się naga. Zawstydzona. Zagubiona.
No chodź. Chodź ze mną do łóżka no chodź.
Znowu otworzyłam te książkę. Mimo że miałam jej już nie dotykać. Nigdy więcej.
Niebezpieczne jest niebezpieczne. Niebezpieczne jest podniecające.
Pada deszcz. Stoję na środku drogi. Kropelki kapią mi nos.
Dziwne myśli chodzą mi po głowie.
No chodź. Chodź ze mną do łóżka.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wieczór o smaku mango

Dziś trochę lirycznie.
Czasem budzę się rano i czuję, że zmienił się front. Nie umiem tego nawet nazwać dobrze słowami, ale czuje to gdzieś między myślami. Coś na kształt mgły, która rozprasza się przy każdej próbie skupienia na niej uwagi. Jakby się ze mną drażniła. I wiem, że ten front niesie ze sobą potencjał zmian. Potencjał, bo on tylko otwiera inną czasoprzestrzeń, ale to mi pozostawia decyzję czy coś w niej pomajstrować.
Lubię to uczucie. Coś jakby obudzić się w zupełnie innym mieście. Niby te same ulice, te same budynki, a jednak inne. Nawet powietrze inaczej pachnie. Wszystko jest takie inne, ekscytująco inne.
Otworzyłam drzwi, rzucając torbę na podłogę i od razu poczułam delikatny zapach mango unoszący się w powietrzu. Przez okno było widać to niesamowicie ostatnio pochmurzone niebo. Zapaliłam nadblatowe światło, rozpraszając nieco półmrok. Ściągając kurtkę nastawiłam wodę, bo pogoda frontowa jest też mocno wietrzna i przegwizdało mnie niemiłosiernie. Przebrałam się w ukochane domowe ciuszki, zalałam wrzątkiem herbatę o smaku truskawka&mango, włączyłam cicho radio, usiadłam na sofie kładąc nogi na stole...
Tym razem czuję, że to jakiś inny, mocniejszy front. Że idą naprawdę nowe możliwości. Że czasoprzestrzeń zaczyna się modelować pod moimi palcami. Czuję jak mgła osiada na moich dłoniach i unosi się, jeśli lekko w nią dmuchnę. Uśmiecham się do siebie.
Bo lubię to uczucie.
I tym razem zamierzam to wykorzystać.


niedziela, 6 kwietnia 2014

Z pamiętnika asystentki stomatologa

Tyle się dzieje w tej mojej pracy, że czasem naprawdę szkoda, żeby uciekło to w niepamięć.
Ostatnio.
Jechałam do pracy samochodem, K. zgodził się go pożyczyć bo i tak nie miał motoryzacyjnych planów na sobotni wczesny ranek. Na dzień dobry okazało się, że droga która zawsze jeżdżę została zamknięta, musiałam parkować na trawie koło budowy, co mnie jednak wcale nie zmartwiło - w sumie o dziwo, bo takie sytuacje niezmiernie mnie irytują i wprawiają w gorszy nastrój. Do tego jeszcze padał deszcz, weekend się zaczął to i pogoda musi dopisać, ale to także nijak mi humoru nie pogorszyło. To zdecydowanie oznaczało, że w pracy będzie wesoło. A ja się nigdy nie mylę :)
Po niezbyt długich pertraktacjach dostała mi się asysta z doktor M., w grafiku nie było najgorzej, do tego M. to fajna babka, z tych miłych, wiec dobry humor mnie nie opuszczał. Koło 9.30 miał przyjść pierwszy pacjent, ale M. zadzwoniła, że go jednak nie będzie, więc i ona przyjedzie trochę później. Ciśnienie nieco opadło, jeszcze raz omiotłam wzrokiem gabinet - wszystko było na swoim miejscu, przeglądnęłam wszystkie szafki, coby sobie odświeżyć gdzie co leży, bo niby wszystko to samo, ale w każdym gabinecie poukładane inaczej, a nie ma to jak potem przy pacjencie przeszukiwać wszystkie szuflady na gwałt, bo głupiego preparatu to tamowania krwawienia nie można zlokalizować.
Pacjent numero uno. W poczekalni cisza, reszta pracuję, myślę, też coś porobię, bo czego jak czego ale nie cierpię się nudzić w robocie. A tu otwierają się drzwi, wchodzi starszy pan, rozgląda się i widzę że zaraz zagada. Przyglądam mu się bliżej i zanim mój mózg łączy twarz ze wspomnieniami, przemiły Pan sam rozwiązuje zagadkę. Przedstawia się w drugim zdaniu dodając, że jest profesorem chirurgii, PROFESOREM CHIRURGII i że ząb go boli od rana i że chciałby być przyjęty. Me lico się rozjaśnia, pewnie rozjaśniłoby się jeszcze bardziej gdybym miała z nim egzamin, uśmiecham się i mówię jak umiem najprofesjonalniej, żeby zaczekał, że zaraz się dowiem co można z tym zrobić. Jako że jestem na końcu asystenckiego łańcucha, nie podejmuję żadnych decyzji sama, wszystko konsultując ze starszyzną po fachu. Idę po E. do gabinetu nr 1, mówię jaka sytuacja, ona wychodzi i po raz drugi słyszę jaki to zacny pacjent nas nie odwiedził, bijcie pokłony narody, profesor chce sobie u nas zrobić zęby. Pani doktor J. zgodziła się go przyjąć, swoje odczekał, a na pożegnanie zaszczycił nas komplementem - świetna obsługa. Ach. Moje życie zmieniło się na lepsze. Dodam tylko, że nie omieszkałam sobie zerknąć na kartę pacjenta, którą pan profesor wypełnił czekając na przyjęcie i wiem że urodził się 1. stycznia, ha, tyle wygrać.
Pacjent numero dos. Pan profesor był jednak tylko preludium do prawdziwej bomby owego dnia. Godzina 9.50, do przychodni wchodzi dwóch facetów, jeden stary i gruby na wizus sprzedawca ciuchów na bazarze, drugi młody i wysoki, typ wyżej sram niż dupę mam, ale nie ocenia się ludzi po pozorach. Podobno.
M. jak zwykle wpadła na styk, a tu jeszcze trzeba się przebrać, przygotować i w sumie w gabinecie wylądowała po dziesiątej. Ojciec i syn weszli do gabinetu. Ojciec na dzień dobry do M., waląc po imieniu, co bardzo mnie zdziwiło i zniesmaczyło, że co nie chciało się wstawać, że M. to chyba raczej z tych śpiochów. Ja takie oczy na niego, czy go powaliło kompletnie czy on tak serio i wyglądało, że serio, wiec myślę sobie oho, będzie się działo. Syn wlazł na fotel, a ojciec dalej stoi i nie wykazuje żadnej chęci opuszczenia gabinetu. Dyskretnie zerkam na kartę pacjenta, bo może faktycznie syn niepełnoletni,a tu proszę rocznik 93... Nim jeszcze M. zaczęła mu gmerać w paszczy, syn (zwany dalej S.) zwraca się do mnie tonem co najmniej znawcy wszystkiego, żeby mu podać najmocniejsze znieczulenie, ale najmocniejsze, zrozumiała pani?, najmocniejsze. Zerkam na M. z lekkim zdziwieniem, że może o czymś nie wiem i zakupili coś specjalnego, ale ona się tylko lekko uśmiecha pod nosem i wszystko jasne. Wyciągam więc z szafki znieczulenia i mówię tonem najsłodszym ze słodkich, że jest najmocniejsze jakie mamy, żeby S. był spokojny i się nie denerwował. I wszystko byłoby cudowne do obrzygania, gdyby nie ojciec (zwany dalej O.), który bez pardonu zakomunikował swojej winorośli, że jest chyba durna, że normalnie znieczulenie dostanie jak wszyscy i żeby nie pajacował, bo już dorosłym facetem jest. O. dalej z gabinetu nie wychodzi, coby mieć dorosłego syna na oku. M. robi drugie podejście by młodemu w dziób zaglądnąć, a on do niej, prawie jak poparzony, że jeszcze znieczulenie nie zaczęło działać, że niech się ona do jego uzębienia lepiej nie zbliża. Zaczynam się pocić ze śmiechu. W końcu M. udaje się wytłumaczyć S., że znieczulenie działa i że może bezboleśnie mu w te zęby zaglądnąć. Sukces. Przez cały zabieg O. faszerował nas fachową wiedzą medyczną sprawdzając czy M. nadąża za najnowszymi trendami. Co ona by bez niego zrobiła, w stomatologii to chyba już niewiele. Dobrze, że O. w ogóle zechciał się z nami tą wiedzą podzielić, bo naprawdę byłoby krucho. Na koniec naprawdę myślałam, że mi spodnie spadną z wrażenia. M. mówi do młodego, żeby sobie zęby obejrzał językiem czy nie ma żadnych szorstkich powierzchni, na co O. do niego, no młody językiem po zębach, rozumiesz? no po zębach, żeby sprawdzić czy nie ma nic szorstkiego, no tak właśnie i tu pełna zwizualizowana demonstracja. Umieram ze śmiechu i rodzę się na nowo, a na twarzy oczywiście pełna profeska.
Bo jestem super profesjonalną asystentką i kocham swoją prace :)