poniedziałek, 26 maja 2014

Pierwsze starcie

No to zachciało mi się ujarzmiać rury. Myślę, że taniec ze znakami drogowymi pod wpływem po koncercie wieki temu, wyszedł mi zgrabniej niż moje ostatnie wyczyny. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale żeby to było aż tak skomplikowane? Poddać się jednak nie zamierzam, bo przegrałabym sama ze sobą. A poza tym to całkiem niezły trening ducha, o ciele nie wspominając. Co na dzień dobry mnie zaskoczyło, to grubość tego metalowego narzędzia rozkoszy. Dziadostwo nie mieściło mi się w ręce. I że niby jak ja miałabym się na tym kręcić, myślę sobie, ale przecież od tego mamy tą szczupłą, wysportowaną, bez grama tłuszczu, prowadzącą, to ona ma doprowadzić moje umiejętności do perfekcji. Oddaję się w jej ręce. Od razu pomogło, przynajmniej na początku. Niezrażona początkowymi przeciwnościami losu, postanowiłam dać z siebie wszystko, chłonąc każde słowo, pani, bez grama tłuszczu, prowadzącej. I tylko w chwilach postoju w celu złapania oddechu i równowagi, ogarniał mnie nieskończony ubaw, jakież pośmiewisko można z siebie robić dla chęci zgłębienia tajników sztuki wyższej. Kiedy jednak próg sali, mocno spóźniony, przekroczył chłopak oświadczając na wstępie, że też jest uczestnikiem kursu coś mi powiedziało, że moja dusza nie zazna spokoju, a widok wijących się wokół swoich rur koleżanek, próbujących pokazać czego to się one nie nauczyły, utwierdził mnie tylko w tym przekonaniu.
Nie mogę się doczekać następnych zajęć. W końcu sport to zdrowie ;)

poniedziałek, 19 maja 2014

Byłam dziś hipsterem.

Idę sobie dzisiaj ruchliwą ulicą w stronę domu, idę zamiast jechać, bo w ciągu kilku minut posypały się wszystkie moje dzisiejsze plany. Do tego jeszcze ta pogoda, nie żebym narzekała, kocham słonko i jak jest cieplutko, ale miałam na sobie o jedną warstwę ubioru za dużo, związaną oczywiście z wcześniejszymi planami.
Ale do sedna.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem hipsterem. W jednej ręce trzymałam skórzaną marynarkę, w drugiej kubek kawy na wynos z jakiejś hipsterskiej kawiarni, na nosie oczywiście hipsterskie okulary a na ramieniu płócienna torba z niszowej pijalni piwa. Normalnie miałam ochotę krzyknąć, że ta kawa to wyjątkowo, że padałam na twarz, że przecież ja kawy nie pije! Że torba to prezent urodziny i mam w niej ciuchy do pracy, bo mi się w torebce nie mieszczą. Że okulary to może i owszem trochę modne, ale kupione na jakimś bazarze, a kurtka to ma minimum 1,5. roku i mam ją bo wieczorem jest zimno.
Kto jednak patrząc na mnie pragnął wyjaśnień? Nikt. Przecież od razu widać że ze mnie jakiś mainstreamowy hipster.
Nieciekawe to było uczcie utwierdzające mnie w przekonaniu, że to zdecydowanie nie dla mnie. Wypiłam wiec kawusie na kilka dużych łyków, szybko pozbywając się hipsterskiego kubeczka i od razu wrócił mi humor. Alternatywny mainstream jest bezpłciowy, a ja lubię być sobą ;)

czwartek, 15 maja 2014

Nasze wybory.

W Szwajcarii głosowania są obowiązkowe. Obowiązkowe. Czyli brak obecności kończy się karą i to pieniężną! A przecież to taki demokratyczny kraj dumny ze swoich praw obywatelskich. Wydawało by się więc, że takie restrykcyjne egzekwowanie tegoż prawa to w założeniu gruba przesada. A jednak super obywatelsko-demokratyczni Szwajcarzy nie mają z tym problemu. Absurd? 
O nie. To po prostu szczyt normalności. Szczyt, który dla większości Polaków jest nie do ogarnięcia. Nasze cudowne społeczeństwo zatrzymało się na etapie Egzekwowania swoich praw. Tamowanie ruchu ulicznego, palenie opon, rozruby pod Sejmem czy walki z policją to tylko niektóre z środków, które muszą zostać podjęte w obronie wolności obywatelskiej, tak brutalnie naruszanej przez władze. Ta, o swoje prawa to my lubimy walczyć. Kiedy jednak przychodzi czas zapłaty i trzeba stanąć w obliczu naszego obywatelskiego obowiązku jakim jest udział w wyborach, cisza. 
Frekwencja w wyborach przekraczająca 50% to szczyt marzeń. Szczyt marzeń. Przecież to kpina i żałość. Niesamowicie wneria mnie to, że Ci wspaniali, mający w czasie wyborów zawsze coś lepszego do roboty, obywatele najbardziej się potem pieklą jaki to rząd beznadziejny, jak to nic nie potrafi, jak to się kraj chyli ku zgubie i upadkowi. A już szlak jasny mnie trafia, kiedy słyszę argument, że nie ma po co iść na wybory bo i tak nie ma na kogo głosować. Nie ma? Ok, to idź do swojej komisji wyborczej, weź kartę i wrzuć ją pustą, manifestując swój sprzeciw. A nie pierdol potem, że tak Ci źle. Nie chciało się pójść do urny to stulić dzioby obywatele za 3 grosze. Zamiast psioczyć na innych, zacznijmy od siebie, spełniając marzenia naszych dziadków walczących o wolną Polskę, i idźmy zagłosować, to naprawdę nic nie kosztuje.

wtorek, 13 maja 2014

Frustracja z rana

Wybuchła we mnie w końcu irytacja, której muszę dać upust. Raz, z racji tego iż komuś mogłaby stać się krzywda, dwa, bo złych emocji nie wolno trzymać w sobie. 
Szalę dzisiejszego poranka przeważyła pani biegnąca do autobusu. Znowu biegnąca, bo znowu spóźniona. Już któryś raz z kolei. Czy to jest, do kurwy nędzy, takie kosmicznie trudne wstać nieco wcześniej?
Ja rozumiem, że czasem się nie chce. Normalna rzecz, sama mam czasem takie dni, kiedy mam wrażenie, że nie dam rady, leżąc, do ostatniej możliwej minuty, w łóżku i czując się jak sparaliżowana. A jednak w końcu udaje mi się zwlec moje nieposłuszne ciało i dotrzeć gdzie trzeba, na czas. 
Ale to co wyprawia się na uczelni to już naprawdę przegięcie pały. Są pewne osoby, którym praktycznie codziennie mogłabym strzelać z łuku między oczy. Jak można się tak codziennie spóźniać!? Czy ci ludzie są nienormalni? A najgorsze jest chyba to, że nie spotykają ich z tego powodu żadne konsekwencje. Żadne. A ja jak ten debil jestem o czasie, wcześniej wstaje, a czasem nawet śniadania nie zjem, jeśli za długo pośpię. 
Nie mam dla nich za grosz zrozumienia i szacunku, bo oni nie mają szacunku do mnie.
Pieprzeni leniwcy.

czwartek, 8 maja 2014

.

Niektórzy twierdzą, że wanna jest fajna. Że można się w niej wylegiwać, moczyć i rozmyślać o całym wszechświecie w pozycji horyzontalnej. Część to w ogóle sobie życia bez wanny nie wyobraża. Jakież to przecież cudowne, nalać sobie olejków, zapalić świeczki, zgasić światło i się relaksować. Można by pomyśleć, że w zasadzie nie ma nic bardziej odprężającego.
Bzdura.
Pierwsze co przychodzi mi do głowy kilkanaście minut od początku kąpieli to zimna woda. Nienawidzę siedzieć w zimnej wodzie, która z gorącej robi się letnia momentalnie. Nie mówiąc już o jej przejrzystości. Blech. Siedzieć w takim bajorku, okropność. Naprawdę nie wiem co jest w tym romantycznego. Generalnie syf, kiła, mogiła i świeczki.
Za to prysznic....
To jest dopiero cudowne miejsce do rozmyślań. Woda z impetem lejąca się po plecach, zmywająca trudy całego dnia. Uspokajający umysł, monotonnym szumem, strumień wrzątku koi nie tylko upaprany mętlik w głowie ale i zmęczone ciało. Człowiek za każdym uderzeniem tysiąca kropli rodzi się na nowo, uwalniając się od zaduchu panującego pod kopułą. Opierając się o ścianę z szeroko rozwartymi ramionami, można spuścić głowę i czuć namacalnie jak woda spływając po twarzy uspokaja wir myśli, dając wreszcie chwilę by nie myśleć o niczym. To jakby dziura w czasoprzestrzeni, która trwa tak długo jak długo nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia.
Magia.
I to dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Enjoy :)


wtorek, 6 maja 2014

Damsko-męska przyjaźń

To w zasadzie może nawet trochę przykre, niemniej na tyle prawdziwe, że trzeba to po prostu przyjąć na klatę i nauczyć się z tym żyć.
Wierzyłam kiedyś w damsko-męską przyjaźń. Taką piękną, szczerą, prawdziwą. Przyjaźń platoniczną, opartą na wzajemnym szacunku, dużo głębszą niż prosta fizyczność. Taką ponad to wszystko, z ideałami leżącymi u jej stóp. Na szczęście dla siebie, na tyle się ogarnęłam, żeby z pewnych istotnych kwestii zdać sobie sprawę i ujrzeć pewne rzeczy takimi jakie są a nie takimi jakie chciałoby się żeby były. To nie tak, że mi osobiście jest jakoś przykro czy coś, bez przesady, życie mi się od tego nie zawaliło, tak jak od poznania prawdy o świętym Mikołaju. To po prostu takie małe ogarnięcie pewnej części świata i dobra lekcja na później. 
Co z tego wynika. Już nie wierzę w taką przyjaźń opisaną wyżej. Na początek trzeba wykreślić słowo platoniczna. Ludzie mogą naprawdę mówić co chcą, a i tak nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Zawsze w takiej relacji jest uczucie zdecydowanie nie przyjacielskie. Ok, ja nie mówię, że to jest od razu miłość wzajemna, ale koniec końców zawsze któraś ze stron ma z tym problem. Może się to przez wiele lat nie zgrywać w czasie, na przemian rozstrajać raz jedną a raz drugą stronę, ale w końcu to gdzieś wychodzi. Jak cicha melodia w totalnym zgiełku. Na początku w zasadzie nawet jej nie słychać. Potem zaczyna się przebijać wywołując dziwne wrażenie, że coś jest na rzeczy.  No a potem to już może być za późno ;) 
Myślę, że prawdziwa przyjaźń może być tylko po przejściach, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało. Musi swoje nagrzeszyć, dać dużo do myślenia i dorosnąć. Musi trwać odpowiednio długo i to wszystko wytrzymać. Reszta to tylko wstęp do kłopotów ;)

sobota, 3 maja 2014

Całkiem ciekawy punkt widzenia.

Jestem durna. Mimo swojego, jakoś tam już nieco konkretniejszego wydawałoby się, wieku, ciągle nie potrafię się ogarnąć. Zamiast myśleć, robię. Zamiast robić, myślę. Moja lista priorytetów jest chyba najbardziej porąbaną listą jaką można sobie wyobrazić. Za każdym razem jak zrobię coś głupiego obiecuję sobie, że to już na pewno ostatni raz. Że następnym razem pomyślę. I chuj, jak to mówią. Zawsze jest to samo. W sumie po czasie, nawet mnie to bawi, jeśli, oczywiście, uda mi się z tego wybrnąć obronną ręką. Choć czasem, niestety, jest trochę za późno.
Niemniej to zawsze skłania do rozmyślań.
Dziś jednak na weekendową chandrę dostałam cudowny rozweselacz.
Marudząc jak zwykle nad swoim losem, stwierdziłam, że chyba już nigdy nie będę mądrzejsza, na co kolega, że może nie muszę, może okoliczności same się zmienią i będzie szczęśliwie.
Damn. Że też wcześniej na to nie wpadłam.
He made my day. :)