poniedziałek, 8 września 2014

Kto by się spodziewał

Wydawać by się mogło, że uprawianie tańca na rurze jest nie do końca trafionym pomysłem z uwagi na dosyć mocno ograniczone możliwości jego prezentacji. Ha! Nic bardziej mylnego.
Na wczorajszym weselu, ku memu wielkiemu zdumieniu ale i skrytej radości, na środku parkietu, stała piękna, srebrna, rura postawiona by utrzymać znajdujące się nad nią zadaszenie.
Cóż mogę rzec.
Zabawa była przednia.
A ja jestem jeszcze bardziej przekonana, że te zajęcia to był naprawdę świetny pomysł.
:)


czwartek, 28 sierpnia 2014

Dobra rada zawsze w cenie

Odkąd nie mieszkam już z rodzicami, zdarza mi się, raz na jakiś czas, solidnie powisieć z mamą na telefonie. A to ona ma jakieś plotki, albo chce się pożalić, a to ja coś opowiem, albo pomarudzę. Normalna to, i w sumie całkiem fajna, sprawa.
I tak sobie ostatnio z mamą rozmawiam i mówię, że Łysy mnie pytał, jakie pierścionki mi się podobają, i że chyba w końcu coś będzie majstrował w tym temacie, na co mamcia, bez chwili zawahania, żeby koniecznie był ładny i drogi. Śmiejąc się w duchu, poważnym tonem mówię, że Łysy gdzieś czytał, że to powinna być wysokość trzech pensji, ale że ja jestem normalna to i jedna mi styknie. Mamcia na to, żebym nie była głupia, że trzy to w sam raz. Ja, nieco zaskoczona takimi argumentami mówię, że jak dla mnie to on nie musi być taki strasznie drogi, bo i po co? Szkoda go będzie nosić, bo się zniszczy, a poza tym, to ja bym wolała gdzieś za taką kasę pojechać czy coś, no nie wiem, jakoś pożyteczniej ją spożytkować. Na co mama, że absolutnie nie mam racji, żebym cisnęła na jak najdroższy mówiąc (tu zacytuję):
"Ależ dziecko, życie jest krótkie i szybko ucieka, tak samo jak młodość i pieniądze, będziesz miała dzieci i wtedy to już naprawdę nie będzie pieniędzy na nic, a nie daj Boże źle Ci się w życiu ułoży i się rozwiedziecie, teraz o tym nie myślisz, ale tak przynajmniej będziesz miała piękne i drogie wspomnienie, no coś Ci dziecko przynajmniej zostanie."
Mamo, jesteś najlepsza :)
Z Tobą nie zginę!


czwartek, 21 sierpnia 2014

Pani na włościach

Wstając dzisiaj rano, o mało nie zabijając się o porozrzucane koło łóżka ciuchy i długopisy, a potem jeszcze szukając wolnej przestrzeni, na blacie w kuchni, by przyrządzić sobie śniadanko, doszłam do wniosku, że chujowa ze mnie pani domu.
Na moje szczęście, jakoś bardzo mi to nie przeszkadza. A prawda jest taka, że świat byłby strasznie nudny, gdyby wszyscy byli idealni.
Walcząc jednak ze swoimi słabościami ustanawiam dziś dzień sprzątania. Jako że trzeba się do niego przygotować, lapek z filmem już odpaliłam, ścierki zlokalizowałam a drink się chłodzi.
Hehe.
Jeśli mam robić coś czego nie lubię, to niech przynajmniej będzie po mojemu.
Cheers ;)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Piosenki specjalnego przeznaczenia

Zdarza mi się, że słysząc jakąś piosenkę, automatycznie pojawia mi się przed oczami jej, jakby, zwizualizowanie. Najlepsze jest to, że wcale nie muszę jej słyszeć po raz pierwszy. po prostu czasem przestrzeń zagnie się jakoś inaczej niż zwykle i nagle odblokowuje coś w głowie. Widzę wtedy okoliczności przyrody lub miejsca, kolory, a nawet konkretnych ludzi, którzy jakoś mi się z nią kojarzą. Mam coś jakby cały plan jej zagospodarowania przestrzennego.
Lubię to uczucie, bo ono wprowadza mnie na trochę wyższy stopień percepcji otaczającej rzeczywistości i mam wrażenie dogłębniejszego analizowania bodźców. Coś jak lekki rauszyk czy kilka buszków a przy tym nadal można prowadzić auto. 
Ta piosenka zwróciła moją uwagę kiedy usłyszałam ją po raz pierwszy w, cytowanym już wcześniej, filmie "Mamuśka. Ale to właśnie niedzielne wyjście do kina na "Strażników Galaktyki", usłyszenie jej ponownie, odpowiednie okoliczności, przestrzeń zagięta i BUM

Enjoy!


1,2,3 zaklepane!!!!!!!!!!!!! ;)

środa, 13 sierpnia 2014

Tadam!

Ha!
Zawsze kiedy oglądam Ugotowanych myślę sobie, o boże, ci ludzie zawsze mają jakieś hobby, czy pasję, którą mogą pochwalić się innym, a ja? co ja bym pokazała w takim programie? dopada mnie wtedy lęk, że bark mi sensownego hobby.
Przedwczoraj jednak odnalazłam siebie.
Rozpakowując karton pełen białych desek różnej wielkości i oglądając woreczek pełen śrubek, kołków i zaślepek, przeglądając idiotoodporną instrukcje stwierdziłam, że
Uwielbiam skręcać meble z Ikei 
<3

Parnochmurne popołudnie.

Nienawidzę biegania.
Kiedy jadę autem, autobusem albo nawet rowerem i widzę tych wszystkim fit, trendy, eko, zdrowo,cool i nie wiem co jeszcze biegaczy ubranych w te swoje cudowne, markowe, wprost stworzone do biegania, ciuszki i te dobierane na bieżni, dopasowane do podłoża wyczesane w kosmos butki, to mi słabo.
Dlaczego ludzi tak ciśnie na to bieganie?
Może jakieś piwko wieczorem? Nie, wiesz, wieczorem to nie, mam trening. A co trenujesz? A wiesz biegam.
Damn runners.
I żeby ci ludzie naprawdę tak sobie biegali, dla zdrowia, kilka kilometrów dwa razy w tygodniu, ok, dla zdrowia mogę wiele wybaczyć, ale paranoją jest dla mnie bieganie w maratonach w ramach rozwoju siebie.
No tak, bo skoro byle kumpel biega 15 to ja przecież nie mogę być takim cieniasem, zresztą jak to będzie wyglądało na ednomondo, bitch please, musi być co najmniej 20...

Zaczęłam biegać.
Łysy pozwolił mi to powiedzieć głośno dopiero po 4. treningu, ale z okazji przebiegnięcia ostatnio całej trasy bez zatrzymywanek, niniejszym pozwalam sobie nazwać się początkującym biegaczem dopiero po trzech.
Nie wiem do końca jak to się stało i właściwie do teraz się nad tym zastanawiam, choć jeśli mam być szczera to myślę, że kryję się za tym moje nieokiełznane lenistwo.
Serio, serio, myślę, że z lenistwa naprawdę można zacząć biegać :)
Jak? Już wyjaśniam. Uwielbiam pływać, to daje mi taką niesamowitą wolność i radochę, a do tego po wyjściu z wody jestem świeżutka jak bułki w lokalnej piekarni o 5 nad ranem. Woda wycisza, daje ukojenie, relaksuje skołatane nerwy, no jest po prostu niezastąpiona. Ale. Trzeba na basen pójść, spakować rzeczy, wybrać się, wsiąść do auta, bądź autobusu, trzeba zapłacić. Trzeba się zorganizować. I tu pies się pogrzebał. Bieganie ma tę zaletę, że można je zrobić o tak, po prostu, wyjść z domu w sportowym wdzianku i już, hop, bez zbędnych ceregieli, zacząć biec.
Choć nudne to niemiłosiernie, na razie jedyne co mi sprawia odrobinę radości to patrzenie w niebo, wiec generalnie wyglądam jak kretynka, do tego pocę się jak mała świnka, to mam nadzieję zrzucić parę kilo, a bloga wykorzystać do użalania się nad swoją biedną dolą i nad tym jak bieganie jest beznadzieje.



poniedziałek, 28 lipca 2014

Kropka nad i.

Podobno nie szata zdobi człowieka. Lecz jeśli nie ona to co? Kim jest dla mnie obcy człowiek napotkany w tramwaju, jak nie szatą właśnie.
Regularnie obczajam ludzi mijanych po drodze. Nie wiem jak mają inni, ja tak mam od zawsze. Zwykle są to tylko krótkie spojrzenia, bo ileż można ogarnąć w tak krótką chwilę, ale czasem siedząc w tramwaju mogę sobie pozwolić na nieco dłuższe zawieszenie oka.
I tak sobie siedzę dzisiaj w tym tramwaju, zbliża się przystanek; otwierają się drzwi, wchodzi laska,  obczajam od dołu, niezłe buty, nogi niczego sobie, spódniczka w porządku, bluzka też, dochodzę do głowy a tam jakaś totalna masakra. Obleśne, tłuste, niedofarbowane włosy. Koszmar z ulicy wiązów. Blech.
Tak się dobrze dziewczyna zapowiadała a tu taka plama.
Ludzie trzeba myć głowę. Serio. Bez tego nawet miniówa nie da rady ;)

sobota, 21 czerwca 2014

Taki film

Są takie filmy, które nawet oglądane po raz setny, wzruszają mnie do łez. Nie wiem na czym do końca polega ich fenomen. Na pewno trochę na tym, że zwykle są to filmy oglądane w głębokiej młodości i pewnie wzruszają mnie wspomnienia z nim związane, niemniej jest w nich też coś czego zupełnie nie potrafię opisać. 

Dzisiaj znowu przypadkiem, jak zwykle wertując kanały w tv, wpadłam na film "Mamuśka". Mimo, że oglądałam go już tyle razy, znowu obejrzałam go do końca. Świetna obsada, prosta, ale życiowa fabuła i znowu, po raz nie wiem który, płakałam jak bóbr. Może to faktycznie kwestia historii, która nasuwa mi wspomnienia związane z moją własną rodzinką.
Zawsze jak oglądam ten film myślę o babci, której nigdy nie poznałam, a którą moja mama straciła zdecydowanie za wcześnie, o mamie też myślę, jak było jej ciężko i jakie to musiało być dla niej strasznie przeżycie. I myślę też sobie jak ja bardzo ją kocham i o tym, że chyba bym nie przeżyła gdyby jej zabrakło.

Staram się mówić bliskim, że ich kocham, mimo, że czasem to wcale nie jest takie proste. 
Ale zawsze jednak wychodzę z założenia, że lepiej, żeby byli tym znudzeni po dziurki w nosie, niż żebym miała to powiedzieć o raz za mało. 




Boże, te hormonalne wahania nastroju mnie kiedyś wykończą.
Idę po chusteczki.
;)

środa, 4 czerwca 2014

nie ogarniam

o mamo.
są czasem takie dni, kiedy po prostu nie mogę.
nie mogę się skupić, nie mogę myśleć, nie mogę się uczyć, nie mogę spać.
jedyne co mogę, to położyć się na podłodze, zamknąć oczy i nie robić nic.
zupełnie nic.
nic a nic.

dzisiaj nie ogarniam, mimo że naprawdę bym chciała.


a w tle Maria Awaria, babka czuje klimat ;)

wtorek, 3 czerwca 2014

Drugie starcie

Jacie jacie jacie.
Wisiałam na rurze oplatając ją samymi nogami, a potem udało mi się zrobić kilka naprawdę efektownych obrotów. 
WoooooooooW. 
Nie ukrywam, że podjarało mnie to nieziemsko i spokojnie mogłabym mieć wtedy kisiel w gaciach, gdyby nie instynkt samozachowawczy, który podpowiadał, że mogłoby to negatywnie wpłynąć na moją przyczepność. Mimo, że wyglądam dziś jak ofiara przemocy domowej, siniaki mam od kostki do ramienia, to wspomnienia ostatnich zajęć wynagradzają wszystko. I nawet wysportowany koleżka nie był w stanie zmącić mej ogromnej radości. Jedyne co teraz zaprząta mi głowę, to myśl o jakimś dobrze usytuowanym znaku drogowym, na którym mogłabym poćwiczyć. 
Bo trening czyni mistrza.
A ja chce być Mistrzem!

Zakochałam się w sobie

Bez ładu i składu dziś będzie, bo jaram się wciąż.
Emocje buzują mi w żyłach jak prąd.
Uwielbiam za duże słowa opisujące małe radości.
Mamy zespół! Udana juz druga próba. Grałam na basie i zajebiście mi wychodziło!
A poza tym Laska na basie <3
Zakochałam się w sobie ;)

poniedziałek, 26 maja 2014

Pierwsze starcie

No to zachciało mi się ujarzmiać rury. Myślę, że taniec ze znakami drogowymi pod wpływem po koncercie wieki temu, wyszedł mi zgrabniej niż moje ostatnie wyczyny. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale żeby to było aż tak skomplikowane? Poddać się jednak nie zamierzam, bo przegrałabym sama ze sobą. A poza tym to całkiem niezły trening ducha, o ciele nie wspominając. Co na dzień dobry mnie zaskoczyło, to grubość tego metalowego narzędzia rozkoszy. Dziadostwo nie mieściło mi się w ręce. I że niby jak ja miałabym się na tym kręcić, myślę sobie, ale przecież od tego mamy tą szczupłą, wysportowaną, bez grama tłuszczu, prowadzącą, to ona ma doprowadzić moje umiejętności do perfekcji. Oddaję się w jej ręce. Od razu pomogło, przynajmniej na początku. Niezrażona początkowymi przeciwnościami losu, postanowiłam dać z siebie wszystko, chłonąc każde słowo, pani, bez grama tłuszczu, prowadzącej. I tylko w chwilach postoju w celu złapania oddechu i równowagi, ogarniał mnie nieskończony ubaw, jakież pośmiewisko można z siebie robić dla chęci zgłębienia tajników sztuki wyższej. Kiedy jednak próg sali, mocno spóźniony, przekroczył chłopak oświadczając na wstępie, że też jest uczestnikiem kursu coś mi powiedziało, że moja dusza nie zazna spokoju, a widok wijących się wokół swoich rur koleżanek, próbujących pokazać czego to się one nie nauczyły, utwierdził mnie tylko w tym przekonaniu.
Nie mogę się doczekać następnych zajęć. W końcu sport to zdrowie ;)

poniedziałek, 19 maja 2014

Byłam dziś hipsterem.

Idę sobie dzisiaj ruchliwą ulicą w stronę domu, idę zamiast jechać, bo w ciągu kilku minut posypały się wszystkie moje dzisiejsze plany. Do tego jeszcze ta pogoda, nie żebym narzekała, kocham słonko i jak jest cieplutko, ale miałam na sobie o jedną warstwę ubioru za dużo, związaną oczywiście z wcześniejszymi planami.
Ale do sedna.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem hipsterem. W jednej ręce trzymałam skórzaną marynarkę, w drugiej kubek kawy na wynos z jakiejś hipsterskiej kawiarni, na nosie oczywiście hipsterskie okulary a na ramieniu płócienna torba z niszowej pijalni piwa. Normalnie miałam ochotę krzyknąć, że ta kawa to wyjątkowo, że padałam na twarz, że przecież ja kawy nie pije! Że torba to prezent urodziny i mam w niej ciuchy do pracy, bo mi się w torebce nie mieszczą. Że okulary to może i owszem trochę modne, ale kupione na jakimś bazarze, a kurtka to ma minimum 1,5. roku i mam ją bo wieczorem jest zimno.
Kto jednak patrząc na mnie pragnął wyjaśnień? Nikt. Przecież od razu widać że ze mnie jakiś mainstreamowy hipster.
Nieciekawe to było uczcie utwierdzające mnie w przekonaniu, że to zdecydowanie nie dla mnie. Wypiłam wiec kawusie na kilka dużych łyków, szybko pozbywając się hipsterskiego kubeczka i od razu wrócił mi humor. Alternatywny mainstream jest bezpłciowy, a ja lubię być sobą ;)

czwartek, 15 maja 2014

Nasze wybory.

W Szwajcarii głosowania są obowiązkowe. Obowiązkowe. Czyli brak obecności kończy się karą i to pieniężną! A przecież to taki demokratyczny kraj dumny ze swoich praw obywatelskich. Wydawało by się więc, że takie restrykcyjne egzekwowanie tegoż prawa to w założeniu gruba przesada. A jednak super obywatelsko-demokratyczni Szwajcarzy nie mają z tym problemu. Absurd? 
O nie. To po prostu szczyt normalności. Szczyt, który dla większości Polaków jest nie do ogarnięcia. Nasze cudowne społeczeństwo zatrzymało się na etapie Egzekwowania swoich praw. Tamowanie ruchu ulicznego, palenie opon, rozruby pod Sejmem czy walki z policją to tylko niektóre z środków, które muszą zostać podjęte w obronie wolności obywatelskiej, tak brutalnie naruszanej przez władze. Ta, o swoje prawa to my lubimy walczyć. Kiedy jednak przychodzi czas zapłaty i trzeba stanąć w obliczu naszego obywatelskiego obowiązku jakim jest udział w wyborach, cisza. 
Frekwencja w wyborach przekraczająca 50% to szczyt marzeń. Szczyt marzeń. Przecież to kpina i żałość. Niesamowicie wneria mnie to, że Ci wspaniali, mający w czasie wyborów zawsze coś lepszego do roboty, obywatele najbardziej się potem pieklą jaki to rząd beznadziejny, jak to nic nie potrafi, jak to się kraj chyli ku zgubie i upadkowi. A już szlak jasny mnie trafia, kiedy słyszę argument, że nie ma po co iść na wybory bo i tak nie ma na kogo głosować. Nie ma? Ok, to idź do swojej komisji wyborczej, weź kartę i wrzuć ją pustą, manifestując swój sprzeciw. A nie pierdol potem, że tak Ci źle. Nie chciało się pójść do urny to stulić dzioby obywatele za 3 grosze. Zamiast psioczyć na innych, zacznijmy od siebie, spełniając marzenia naszych dziadków walczących o wolną Polskę, i idźmy zagłosować, to naprawdę nic nie kosztuje.

wtorek, 13 maja 2014

Frustracja z rana

Wybuchła we mnie w końcu irytacja, której muszę dać upust. Raz, z racji tego iż komuś mogłaby stać się krzywda, dwa, bo złych emocji nie wolno trzymać w sobie. 
Szalę dzisiejszego poranka przeważyła pani biegnąca do autobusu. Znowu biegnąca, bo znowu spóźniona. Już któryś raz z kolei. Czy to jest, do kurwy nędzy, takie kosmicznie trudne wstać nieco wcześniej?
Ja rozumiem, że czasem się nie chce. Normalna rzecz, sama mam czasem takie dni, kiedy mam wrażenie, że nie dam rady, leżąc, do ostatniej możliwej minuty, w łóżku i czując się jak sparaliżowana. A jednak w końcu udaje mi się zwlec moje nieposłuszne ciało i dotrzeć gdzie trzeba, na czas. 
Ale to co wyprawia się na uczelni to już naprawdę przegięcie pały. Są pewne osoby, którym praktycznie codziennie mogłabym strzelać z łuku między oczy. Jak można się tak codziennie spóźniać!? Czy ci ludzie są nienormalni? A najgorsze jest chyba to, że nie spotykają ich z tego powodu żadne konsekwencje. Żadne. A ja jak ten debil jestem o czasie, wcześniej wstaje, a czasem nawet śniadania nie zjem, jeśli za długo pośpię. 
Nie mam dla nich za grosz zrozumienia i szacunku, bo oni nie mają szacunku do mnie.
Pieprzeni leniwcy.

czwartek, 8 maja 2014

.

Niektórzy twierdzą, że wanna jest fajna. Że można się w niej wylegiwać, moczyć i rozmyślać o całym wszechświecie w pozycji horyzontalnej. Część to w ogóle sobie życia bez wanny nie wyobraża. Jakież to przecież cudowne, nalać sobie olejków, zapalić świeczki, zgasić światło i się relaksować. Można by pomyśleć, że w zasadzie nie ma nic bardziej odprężającego.
Bzdura.
Pierwsze co przychodzi mi do głowy kilkanaście minut od początku kąpieli to zimna woda. Nienawidzę siedzieć w zimnej wodzie, która z gorącej robi się letnia momentalnie. Nie mówiąc już o jej przejrzystości. Blech. Siedzieć w takim bajorku, okropność. Naprawdę nie wiem co jest w tym romantycznego. Generalnie syf, kiła, mogiła i świeczki.
Za to prysznic....
To jest dopiero cudowne miejsce do rozmyślań. Woda z impetem lejąca się po plecach, zmywająca trudy całego dnia. Uspokajający umysł, monotonnym szumem, strumień wrzątku koi nie tylko upaprany mętlik w głowie ale i zmęczone ciało. Człowiek za każdym uderzeniem tysiąca kropli rodzi się na nowo, uwalniając się od zaduchu panującego pod kopułą. Opierając się o ścianę z szeroko rozwartymi ramionami, można spuścić głowę i czuć namacalnie jak woda spływając po twarzy uspokaja wir myśli, dając wreszcie chwilę by nie myśleć o niczym. To jakby dziura w czasoprzestrzeni, która trwa tak długo jak długo nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia.
Magia.
I to dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Enjoy :)


wtorek, 6 maja 2014

Damsko-męska przyjaźń

To w zasadzie może nawet trochę przykre, niemniej na tyle prawdziwe, że trzeba to po prostu przyjąć na klatę i nauczyć się z tym żyć.
Wierzyłam kiedyś w damsko-męską przyjaźń. Taką piękną, szczerą, prawdziwą. Przyjaźń platoniczną, opartą na wzajemnym szacunku, dużo głębszą niż prosta fizyczność. Taką ponad to wszystko, z ideałami leżącymi u jej stóp. Na szczęście dla siebie, na tyle się ogarnęłam, żeby z pewnych istotnych kwestii zdać sobie sprawę i ujrzeć pewne rzeczy takimi jakie są a nie takimi jakie chciałoby się żeby były. To nie tak, że mi osobiście jest jakoś przykro czy coś, bez przesady, życie mi się od tego nie zawaliło, tak jak od poznania prawdy o świętym Mikołaju. To po prostu takie małe ogarnięcie pewnej części świata i dobra lekcja na później. 
Co z tego wynika. Już nie wierzę w taką przyjaźń opisaną wyżej. Na początek trzeba wykreślić słowo platoniczna. Ludzie mogą naprawdę mówić co chcą, a i tak nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Zawsze w takiej relacji jest uczucie zdecydowanie nie przyjacielskie. Ok, ja nie mówię, że to jest od razu miłość wzajemna, ale koniec końców zawsze któraś ze stron ma z tym problem. Może się to przez wiele lat nie zgrywać w czasie, na przemian rozstrajać raz jedną a raz drugą stronę, ale w końcu to gdzieś wychodzi. Jak cicha melodia w totalnym zgiełku. Na początku w zasadzie nawet jej nie słychać. Potem zaczyna się przebijać wywołując dziwne wrażenie, że coś jest na rzeczy.  No a potem to już może być za późno ;) 
Myślę, że prawdziwa przyjaźń może być tylko po przejściach, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało. Musi swoje nagrzeszyć, dać dużo do myślenia i dorosnąć. Musi trwać odpowiednio długo i to wszystko wytrzymać. Reszta to tylko wstęp do kłopotów ;)

sobota, 3 maja 2014

Całkiem ciekawy punkt widzenia.

Jestem durna. Mimo swojego, jakoś tam już nieco konkretniejszego wydawałoby się, wieku, ciągle nie potrafię się ogarnąć. Zamiast myśleć, robię. Zamiast robić, myślę. Moja lista priorytetów jest chyba najbardziej porąbaną listą jaką można sobie wyobrazić. Za każdym razem jak zrobię coś głupiego obiecuję sobie, że to już na pewno ostatni raz. Że następnym razem pomyślę. I chuj, jak to mówią. Zawsze jest to samo. W sumie po czasie, nawet mnie to bawi, jeśli, oczywiście, uda mi się z tego wybrnąć obronną ręką. Choć czasem, niestety, jest trochę za późno.
Niemniej to zawsze skłania do rozmyślań.
Dziś jednak na weekendową chandrę dostałam cudowny rozweselacz.
Marudząc jak zwykle nad swoim losem, stwierdziłam, że chyba już nigdy nie będę mądrzejsza, na co kolega, że może nie muszę, może okoliczności same się zmienią i będzie szczęśliwie.
Damn. Że też wcześniej na to nie wpadłam.
He made my day. :)

środa, 23 kwietnia 2014

Święta święconka

Jak co roku, także i w tym roku święceniem koszyczka zajęłam się ja. Ten przywilej generalnie jest zarezerwowany dla najmłodszych, a że u mnie w rodzinie młodszych ode mnie nie ma. Cóż. Oczywiście nie biorę tu nawet pod uwagę mojej ukochanej siostry, która z pasją maniaka twierdzi, że takie święcenie koszyczka mogłoby jej wyrządzić ogromną krzywdę na całe jej dalsze ateistyczne życie. Trudno. Przywykłam, że nie ma co się spierać, bo i tak koniec końców do kościoła pójdę ja. 
W tym roku jednak spotkała mnie nagroda i mój tato po względnie szybkiej namowie zgodził się pójść ze mną.
Mimo że święcenia odbywają się od 7 do 17 co pół godziny, na specjalnym stole nie było już miejsca. Musiałam trzymać swój koszyczek w rękach i nie dać się zepchnąć, co by mnie na pewno dosięgnęła święcona woda. 
Ksiądz zaczął modlitwę, pobłogosławił jajka, wszyscy się przeżegnali,  pobłogosławił kiełbasę, wszyscy się przeżegnali, błogosławił dalej i dalej wszyscy ciągle się żegnali. Damn. Stałam w tym kościele a w środku po prostu się we mnie gotowało. 
Ludzie?! Czy wy jesteście kiełbasami, jajkami, czy przyprawami?! 
Za każdym razem ciągle to samo. Normalnie miałam ochotę zapytać panią obok czy ona w ogóle słucha co się wokół niej dzieje. 
Zirytowałam się na tyle, że w ogóle nie mogłam się skupić. Głupi ludzie.
Humor poprawiła mi dopiero moja siostra w domu. Kiedy opowiedziałam jej o całej tej historii, stwierdziła, że może ktoś się czuje kiełbasą i wziął to błogosławieństwo do siebie.
Pobożność ludzi nie zna granic. 

piątek, 18 kwietnia 2014

Mojemu Marquezowi.

Byłeś mi pierwszym Wielkim Pisarzem
Byłeś przygodą, fascynacją, drogą
Byłeś myślami pięknie ubranymi
Byłeś historiami niewiarygodnymi.
Byłeś promieniem na młodzieńczej drodze
gdy chmury akurat zasłaniały niebo
Byłeś kompasem w dalekiej podróży
Która już nigdy się nie wydłuży...

Do pułkownika w złej godzinie, w stu latach jesieni, w kronice śmierci,
Do generała w labiryncie, czasach miłości i czasach zarazy
Do tułających się demonów i smutnych dziwek

nie dołączy już nikt...

Cześć Twej Pamięci Wielki Pisarzu.

Słowo na Piątek

Dziwaczna myśl mnie dzisiaj naszła z rana.
Już wczoraj rozmawialiśmy z Łysym., że jutro będzie Wielki Piątek i post absolutny. Zrobiłam mu nawet kanapki do pracy, żeby go nie kusiło kupowanie jakiegoś mięcha. Chociaż co roku tłumacze mu jak 5. latkowi, o co chodzi z tym postem ścisłym i kiedy on jest faktycznie ścisły a kiedy to już tylko tradycja, nie spodziewam się, że coś z tego zapamięta, skoro za każdym razem w Środę Popielcową pyta czy za dwa dni będzie Wielki Piątek. Ech.
Dla mnie post to bardziej miara wyrzeczeń, niż niejedzenie mięsa sensu stricto. I tak sobie pomyślałam, idąc rano do kuchni i myśląc co by się nadawało na śniadanie, że z postem ścisłym, w tym nieco szerszym ujęciu, jest trochę jak z intubacją
Jak Ci chociaż przejdzie przez głowę, że czegoś tam może by można było nie zjeść, albo nie zrobić, bo to będzie właśnie poświęcenie, to znaczy, że już jest za późno i że tego właśnie masz nie zrobić. Zupełnie jak z intubacją - jak Ci przejdzie przez głowę, że trzeba by pacjenta zaintubować, zrób to, bo to znaczy, że już jest za późno :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie przeklinam już w miejscu publicznym.

Poranek w autobusie obfituje w wiele historii rodem z Hollywood, czasem Bollywood, a czasem po prostu z rynsztoka. Co je jednak wszystkie łączy? To, że wszyscy w odpowiednim promieniu stają się niemymi słuchaczami.
7.10. Siedzę tyłem do kierunku jazdy, przy oknie, żeby umożliwić komuś bezkolizyjne zajęcie miejsca obok i przy drzwiach - strategia w komunikacji to moje drugie imię, wiec i wysiadać musi się ergonomicznie. Wzrok mam wbity w telefon, Defender lvl. 450 zobowiązuje i absorbuje całą moją uwagę, nie mówiąc o moim biednym kciuku.
Czuje, że ktoś się przysiada, ale i to nie jest w stanie oderwać mojego wzroku od ekranu komórki.
Jako że gra wymaga ode mnie wielkiego zaangażowania intelektualnego, dobrą chwilę zajmuję mi skupienie uwagi na przesympatycznych młodych winoroślach niedaleko mnie. Nie ukrywam, że pomogło mi przy tym akcentowane przez nie, nieco z obca brzmiące, słowo, jakoś kurwa czy coś.
Słuchanie o tym, jak się 'połkowały' na fejsie, ku*wa, jak jedna wyrywała studenta, czaj motyw ku*wa, studenta i on był rocznik 94, no czaj to w ogóle, naprawdę odmieniło moje życie. A już w momencie kiedy usłyszałam historię z ostatniej imprezy, jak to się ku*wa nie nawaliły i jak to nie było ku*wa zajebiście, poczułam, że moje życie odmieniło się naprawdę.
Dobrze, że właśnie musiałam wysiadać, bo nie wiem czy moje serce zniosłoby dalszą opowieść.
Jedyne co cisnęło mi się na usta wychodząc i widząc te naprawdę niebrzydkie dziewczyny, to proste
"Kurwa pierdolisz, serio?"

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Do przyjaciela.

Dziękuję Ci, za miliony chwil urwanych ze wszystkich możliwych wymiarów, by słuchać mojego marudzenia, albo narzekania, albo cudownych, nieodkrytych wcześniej, złotych myśli, albo smutków, albo radości, albo tryliona głupot, które narobiłam w swoim życiu.
Podobno kłamstwo jest w ludzkiej naturze utkwione tak głęboko jak grzech pierworodny. Cholernie głęboko więc. Dziękuję Ci za to, że zawsze mogę powiedzieć prawdę, ale nie taką z dostępem publicznym, taką, którą niektórzy ukrywają sami przed sobą. Mogę Ci zdradzić moje najprawdziwsze smutki i głupie radości a każde z nich nieubrane w żadne przyzwoitości. Mogę Ci wiercić w brzuchu dziurę ogromną, od której każdy inny by umarł, a Ty uśmiechasz się po prostu, i mówisz wierć dalej. Mimo, że czasem śmiejesz mi się w twarz, nie mogąc wytrzymać irracjonalności moich problemów, wiem, że gdyby było trzeba razem ze mną pochowałbyś trupa.
Dzięki Ci, że jesteś.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Niebezpieczna myśl.

Dzień zupełnie pomieszany.
W głowie mam totalny szał.
Nie mogę zebrać myśli.
Po głowie od rana chodzi mi tylko jeden utwór.
No chodź, chodź ze mną do łóżka.
Czuje się spanikowana. Jakby powietrze wokół mnie zostało odessane. Serce mi wali.
Zrobię to byś bać się przestała. Będę całował twoje palce. Będę dotykał twoje nagie ciało.
Czuje się naga. Zawstydzona. Zagubiona.
No chodź. Chodź ze mną do łóżka no chodź.
Znowu otworzyłam te książkę. Mimo że miałam jej już nie dotykać. Nigdy więcej.
Niebezpieczne jest niebezpieczne. Niebezpieczne jest podniecające.
Pada deszcz. Stoję na środku drogi. Kropelki kapią mi nos.
Dziwne myśli chodzą mi po głowie.
No chodź. Chodź ze mną do łóżka.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wieczór o smaku mango

Dziś trochę lirycznie.
Czasem budzę się rano i czuję, że zmienił się front. Nie umiem tego nawet nazwać dobrze słowami, ale czuje to gdzieś między myślami. Coś na kształt mgły, która rozprasza się przy każdej próbie skupienia na niej uwagi. Jakby się ze mną drażniła. I wiem, że ten front niesie ze sobą potencjał zmian. Potencjał, bo on tylko otwiera inną czasoprzestrzeń, ale to mi pozostawia decyzję czy coś w niej pomajstrować.
Lubię to uczucie. Coś jakby obudzić się w zupełnie innym mieście. Niby te same ulice, te same budynki, a jednak inne. Nawet powietrze inaczej pachnie. Wszystko jest takie inne, ekscytująco inne.
Otworzyłam drzwi, rzucając torbę na podłogę i od razu poczułam delikatny zapach mango unoszący się w powietrzu. Przez okno było widać to niesamowicie ostatnio pochmurzone niebo. Zapaliłam nadblatowe światło, rozpraszając nieco półmrok. Ściągając kurtkę nastawiłam wodę, bo pogoda frontowa jest też mocno wietrzna i przegwizdało mnie niemiłosiernie. Przebrałam się w ukochane domowe ciuszki, zalałam wrzątkiem herbatę o smaku truskawka&mango, włączyłam cicho radio, usiadłam na sofie kładąc nogi na stole...
Tym razem czuję, że to jakiś inny, mocniejszy front. Że idą naprawdę nowe możliwości. Że czasoprzestrzeń zaczyna się modelować pod moimi palcami. Czuję jak mgła osiada na moich dłoniach i unosi się, jeśli lekko w nią dmuchnę. Uśmiecham się do siebie.
Bo lubię to uczucie.
I tym razem zamierzam to wykorzystać.


niedziela, 6 kwietnia 2014

Z pamiętnika asystentki stomatologa

Tyle się dzieje w tej mojej pracy, że czasem naprawdę szkoda, żeby uciekło to w niepamięć.
Ostatnio.
Jechałam do pracy samochodem, K. zgodził się go pożyczyć bo i tak nie miał motoryzacyjnych planów na sobotni wczesny ranek. Na dzień dobry okazało się, że droga która zawsze jeżdżę została zamknięta, musiałam parkować na trawie koło budowy, co mnie jednak wcale nie zmartwiło - w sumie o dziwo, bo takie sytuacje niezmiernie mnie irytują i wprawiają w gorszy nastrój. Do tego jeszcze padał deszcz, weekend się zaczął to i pogoda musi dopisać, ale to także nijak mi humoru nie pogorszyło. To zdecydowanie oznaczało, że w pracy będzie wesoło. A ja się nigdy nie mylę :)
Po niezbyt długich pertraktacjach dostała mi się asysta z doktor M., w grafiku nie było najgorzej, do tego M. to fajna babka, z tych miłych, wiec dobry humor mnie nie opuszczał. Koło 9.30 miał przyjść pierwszy pacjent, ale M. zadzwoniła, że go jednak nie będzie, więc i ona przyjedzie trochę później. Ciśnienie nieco opadło, jeszcze raz omiotłam wzrokiem gabinet - wszystko było na swoim miejscu, przeglądnęłam wszystkie szafki, coby sobie odświeżyć gdzie co leży, bo niby wszystko to samo, ale w każdym gabinecie poukładane inaczej, a nie ma to jak potem przy pacjencie przeszukiwać wszystkie szuflady na gwałt, bo głupiego preparatu to tamowania krwawienia nie można zlokalizować.
Pacjent numero uno. W poczekalni cisza, reszta pracuję, myślę, też coś porobię, bo czego jak czego ale nie cierpię się nudzić w robocie. A tu otwierają się drzwi, wchodzi starszy pan, rozgląda się i widzę że zaraz zagada. Przyglądam mu się bliżej i zanim mój mózg łączy twarz ze wspomnieniami, przemiły Pan sam rozwiązuje zagadkę. Przedstawia się w drugim zdaniu dodając, że jest profesorem chirurgii, PROFESOREM CHIRURGII i że ząb go boli od rana i że chciałby być przyjęty. Me lico się rozjaśnia, pewnie rozjaśniłoby się jeszcze bardziej gdybym miała z nim egzamin, uśmiecham się i mówię jak umiem najprofesjonalniej, żeby zaczekał, że zaraz się dowiem co można z tym zrobić. Jako że jestem na końcu asystenckiego łańcucha, nie podejmuję żadnych decyzji sama, wszystko konsultując ze starszyzną po fachu. Idę po E. do gabinetu nr 1, mówię jaka sytuacja, ona wychodzi i po raz drugi słyszę jaki to zacny pacjent nas nie odwiedził, bijcie pokłony narody, profesor chce sobie u nas zrobić zęby. Pani doktor J. zgodziła się go przyjąć, swoje odczekał, a na pożegnanie zaszczycił nas komplementem - świetna obsługa. Ach. Moje życie zmieniło się na lepsze. Dodam tylko, że nie omieszkałam sobie zerknąć na kartę pacjenta, którą pan profesor wypełnił czekając na przyjęcie i wiem że urodził się 1. stycznia, ha, tyle wygrać.
Pacjent numero dos. Pan profesor był jednak tylko preludium do prawdziwej bomby owego dnia. Godzina 9.50, do przychodni wchodzi dwóch facetów, jeden stary i gruby na wizus sprzedawca ciuchów na bazarze, drugi młody i wysoki, typ wyżej sram niż dupę mam, ale nie ocenia się ludzi po pozorach. Podobno.
M. jak zwykle wpadła na styk, a tu jeszcze trzeba się przebrać, przygotować i w sumie w gabinecie wylądowała po dziesiątej. Ojciec i syn weszli do gabinetu. Ojciec na dzień dobry do M., waląc po imieniu, co bardzo mnie zdziwiło i zniesmaczyło, że co nie chciało się wstawać, że M. to chyba raczej z tych śpiochów. Ja takie oczy na niego, czy go powaliło kompletnie czy on tak serio i wyglądało, że serio, wiec myślę sobie oho, będzie się działo. Syn wlazł na fotel, a ojciec dalej stoi i nie wykazuje żadnej chęci opuszczenia gabinetu. Dyskretnie zerkam na kartę pacjenta, bo może faktycznie syn niepełnoletni,a tu proszę rocznik 93... Nim jeszcze M. zaczęła mu gmerać w paszczy, syn (zwany dalej S.) zwraca się do mnie tonem co najmniej znawcy wszystkiego, żeby mu podać najmocniejsze znieczulenie, ale najmocniejsze, zrozumiała pani?, najmocniejsze. Zerkam na M. z lekkim zdziwieniem, że może o czymś nie wiem i zakupili coś specjalnego, ale ona się tylko lekko uśmiecha pod nosem i wszystko jasne. Wyciągam więc z szafki znieczulenia i mówię tonem najsłodszym ze słodkich, że jest najmocniejsze jakie mamy, żeby S. był spokojny i się nie denerwował. I wszystko byłoby cudowne do obrzygania, gdyby nie ojciec (zwany dalej O.), który bez pardonu zakomunikował swojej winorośli, że jest chyba durna, że normalnie znieczulenie dostanie jak wszyscy i żeby nie pajacował, bo już dorosłym facetem jest. O. dalej z gabinetu nie wychodzi, coby mieć dorosłego syna na oku. M. robi drugie podejście by młodemu w dziób zaglądnąć, a on do niej, prawie jak poparzony, że jeszcze znieczulenie nie zaczęło działać, że niech się ona do jego uzębienia lepiej nie zbliża. Zaczynam się pocić ze śmiechu. W końcu M. udaje się wytłumaczyć S., że znieczulenie działa i że może bezboleśnie mu w te zęby zaglądnąć. Sukces. Przez cały zabieg O. faszerował nas fachową wiedzą medyczną sprawdzając czy M. nadąża za najnowszymi trendami. Co ona by bez niego zrobiła, w stomatologii to chyba już niewiele. Dobrze, że O. w ogóle zechciał się z nami tą wiedzą podzielić, bo naprawdę byłoby krucho. Na koniec naprawdę myślałam, że mi spodnie spadną z wrażenia. M. mówi do młodego, żeby sobie zęby obejrzał językiem czy nie ma żadnych szorstkich powierzchni, na co O. do niego, no młody językiem po zębach, rozumiesz? no po zębach, żeby sprawdzić czy nie ma nic szorstkiego, no tak właśnie i tu pełna zwizualizowana demonstracja. Umieram ze śmiechu i rodzę się na nowo, a na twarzy oczywiście pełna profeska.
Bo jestem super profesjonalną asystentką i kocham swoją prace :)



niedziela, 9 marca 2014

Haft krzyżykowy. Haft jarzębinowy.

Nie lubię się za to.
Nie... To za mało.
Nie cierpię się za to. I nie cierpię tego uczucia rano zwanego moralniakiem, kiedy każda myśl, dająca się odtworzyć sprawia, że metalowa obręcz zaciska się mocno wokół mojej piersi a szpikulec do lodu przebija mi mózg.
Rzadko kiedy do tego wesołego duetu nie dołącza jeszcze prawdziwe fizyczne skacowanie, objawiające się bardzo rzeczywistym bólem trzewi.
Nie cierpię się za to.
Dlaczego tyle pije, skoro wiem, że nie umiem się wtedy do końca kontrolować?
Bo lubię? To na pewno. Nie widzę sensu oszukiwać się w tej kwestii. Piję bo lubię, piję bo mogę, piję bo mnie stać (zwykle). [o rany te wywody przypominają mi teksty z ciekawego filmu, który niedawno obejrzałam, z aniołem w tytule]
Ale dlaczego potem robię tyle głupich rzeczy. I to jeszcze najczęściej ludziom których naprawdę lubię.
Kilka chwil dobrej zabawy, z których połowy i tak nie pamiętam, a rano Zażenowanie przez wielkie "Z".
A może ja się czuję jakaś niedowartościowana i alkohol mi pomaga? No kurde, co jak co, ale na trzeźwo też potrafię poszaleć.
Nie wiem, ale źle mi z tym.
Szczególnie rano.
Szczególnie po tylko jedną piosenkeeeee plisssss.

a najgorsze jest to, że po następnej imprezie będzie tak samo.
heh :)



piątek, 7 marca 2014

Senne marzenia

No po prostu nie mogę wytrzymać od tych emocji, które kompletnie pomieszały mi w głowie. Tak, tak, tak, to nie żarty. Choć, przyznam bez bicia, że pisząc to sama uśmiecham się do siebie. Bo w gruncie rzeczy jak można się nie móc ogarnąć po śnie? No... Jak widać, można:)
Aż wstyd się przyznać, ale przyśnił mi się kolega z grupy. Niby nie ma w tym nic zdrożnego, ale... ;) znaleźliśmy się razem w sytuacji dość jednoznacznej i jak to we śnie oczywiście, było zajebiście :D z owu się cieszę do siebie.
Dobra, ale ja nie o tym przecież.
Jak to jest, że takie emocje siedzą w głowie tyle czasu po obudzeniu? No przecież jak teraz patrzę na niego, to nie mogę przestać się głupio uśmiechać. Bo jak tu się nie uśmiechać, kiedy jeszcze kilka godzin temu robiliśmy Takie Rzeczy :D
Mam nadzieje, że do wieczora mi przejdzie, bo inaczej nigdy normalnie nie spojrzę mu w oczy.
Rany znowu się śmieję do siebie.
Ratunku!!!:)

wtorek, 4 marca 2014

Tajemnica, prawda i wyrzuty sumienia.

Taaaaak. Temat szeroko pojętej prawdy tłucze mi się gdzieś między półkulami, co skłoniło mnie do przelania owych złotych myśli na papier.
Dla potomności.
Ku rozmyślaniom.
Dla świętego spokoju.
Rozbawiła mnie dzisiaj rozmowa z B. Nieee, to nie tak, że się z niego śmiałam, po prostu uradowało mnie, och dobrze, wiem, że nie powinno, bo nie wolno się radować z cudzych kłopotów, ale jednak, jego znalezienie się w małym potrzasku emocjonalnym, który, a jakże by inaczej, jak zawsze, dowiódł wyższość moich teorii nad innymi! Swoją drogą to cudowne uczucie uświadamiać sobie jak jest się fajowym:)
Wyznaje on bowiem zasadę bezwzględnej szczerości w związku i co najlepsze wcale nie najważniejsze są pobudki wyższe, a bardziej prozaiczna, nieumiejętność kłamania. Że też się tacy ludzie jeszcze na ziemi uchowali:).
Ale, ale. Pytanie brzmi, czy można mieć wyrzuty sumienia nie robiąc nic złego?
Kwestia jak to sobie w głowie poukładamy.
I jak zwykle chodzi tu zawsze o definicje.
Sama mam czasem takie uczucie, że mimo iż nie zrobiłam nic złego coś mi mówi, że powiedzenie całej prawdy nie jest najlepszym pomysłem, bo w głębi duszy czuję, że nie zdołam tego przedstawić w sposób należyty i jakimś cudem wszystko popsuje i zrobię drugiej połowie przykrość. Normalna rzecz. Wierzę jednak, że tak jak potrzebujemy przestrzeni osobistej, tak i potrzebujemy przestrzeni emocjonalnej. I naprawdę nie musimy się ze wszystkiego spowiadać, bo to jest niezdrowe. Dla higieny osobistej powinniśmy czasem zachować coś dla siebie. Miejmy co opowiadać wnukom! Jeśli ktoś po tygodniu spędzonym na ginekologii jeszcze się na to zdecyduje...
Niech życie ma smaczek a nie swąd wyrzutów sumienia:)



niedziela, 9 lutego 2014

Kłamstwo to laska z długimi nogami

Kto nie umie kłamać niech tego nie robi.
Kto umie jednak, niech kłamie.
Niech się ze mną kłóci kto chce, a ja i tak zdania nie zmienię. I koniec. Kropka. A nawet amen! (dzięki szczodrobliwości mojego intelektualnego mentora, Pana I Władcy <zwanego dalej PiW, przyp. tłum>, który wyjaśnił mi co to słowo oznacza>.
Kiedy kłamstwo wychodzi na jaw?, kiedy osoba kłamiąca jest cienkim waflem. Bo taka to właśnie jest prawda. Ludzie słabi nie potrafią wytrzymać presji kłamstwa, które stworzyli <dla większego dobra, bo po to przecież kłamiemy> i dlatego w końcu się wysypują. Tak jest najłatwiej, po co dźwigać taki ciężar tylko na własnych barkach? Lepiej się nim podzielić z osobą zainteresowaną i mieć problem z głowy. Bo to do niej będzie należała decyzja czy takowe kłamstwo, a tym samym idącą za nim prawdę, zaakceptować/wybaczyć czy nie. Czy to nie cudowne rozwiązanie? Mąż zdradza żonę, kłamie ją, ale jest już zmęczony i w końcu wyjawia prawdę, mówiąc wspaniałe słowa "wiem, byłem beznadziejny, ale błagam daj mi szansę". I co? od razu kamień spada mu z serca - żona wie, wiec nie musi już się tak gimnastykować z ukrywaniem, a do tego jeszcze, nie musi się nawet bardzo przejmować, bo to ona musi teraz główkować i podjąć decyzję czy mu wybaczy, czy nie. A on może spać spokojnie bo w końcu ma czyste sumienie i się przyznał....
Słabizm, kretynizm i cieniastwo.
Być za to twardym, zrobić coś złego i wziąć to na klatę, to jest prawdziwie męska postawa.
Życie było, jest i będzie chujowe, bo to życie właśnie. I nigdy, przenigdy nie będzie bajeczką na dobranoc, bo nie i chuj. I będą się w życiu zdarzały złe decyzje, głupie wybory, chwile słabości i pokusy. Będą. Ale tylko od nas zależy jak z tego wybrniemy.
Zdarzyło mi się w życiu zrobić kilka złych rzeczy. Ale ich nie żałuje. Bo dały mi więcej niż cokolwiek innego. Pokazały mi moje granice, moje słabości, pragnienia i żądze. I dzięki nim poznałam siebie lepiej niż kiedykolwiek. I muszę kłamać, nie, źle, Chce kłamać, bo po co mam ranić moich najbliższych? Co im da ta wiedza? Może będzie im lepiej?
Na pewno nie.
I tego jestem pewna. I na tyle twarda, że nigdy, choćby mnie przypalali na ogniu się do niczego nie przyznam, bo po co? żeby ranić? nie dziękuję. życie jest wystarczająco chujowe.
Kłamstwo nie ma krótkich nóg, tylko słabych właścicieli.
Dobre kłamstwo to laska z długimi nogami.




wtorek, 28 stycznia 2014

Wstęp do wstępu

Ha!
Tak tak, aura za oknem sprzyja rozmyślaniom wszelakim, jeśli dodamy to tego wiedzę na temat momentu roku akademickiego w którym akurat się znajdujemy... -voila, post za postem :D
Bo to przecież takie ach! siedzieć sobie z notesem <zwanym dalej laptopem - przyp.tłum.>, popijać earl greya, o dziwnym aromacie ziół z mlekiem i trzema łyżeczkami brązowego cukru, w dużym białym kubasku i oglądać piękny śnieżny krajobraz za oknem.
To napawa Weną, koniecznie przez duże "w", bo inaczej nie będzie tak spektakularnie i podniośle. A przecież o to tu chodzi. O klimat. A klimat zrobił się sam, jak to zwykle bywa, i nasunął mi się na mój, jakże chłonny <szczególnie kiedy w perspektywie mam górę nauki, która tknięta choćby jednym palcem może zaraz wybuchnąć, a tego drodzy państwo wolelibyśmy uniknąć dla dobra nas wszystkich>, umysł.

Z powodu dość intensywnego bombardowania mnie ostatnio przez tematy damsko-męskie, moja ukochana K., świeć Panie nad jej pogrążoną w żalu duszą, niech się w końcu ogarnie i równie ukochana P., o nią Panie nie musisz się martwić, ale mógłbyś jej czasem dać jakąś dyspensę - zainspirowały mnie do przemyśleń nad idealizmem związku idealnego.

Także jak uda mi się ubrać myśli w słowa na pewno się z wami podzielę, ale teraz wybaczcie, muszę wyprasować włosy <kiedyś będę od tego łysa!>, ubrać się w coś sensowniejszego niż zazwyczaj, zjeść muffinki mojej siostry <osobiście uważam, że moje są lepsze, ale jej też nie są złe:)> i pójść do pracy.

cdn...
Taka mnie naszła refleksja z rana....

Mój mały kuzyn skończył dziś 18 lat. Co niechybnie oznacza, że już nie jest mały. Co implikuje, że ja już nie mam 16 a on 8 lat. Nie. On ma 18. Matko. 18 lat?! Przecież on jest już starym dziadem. A... jeśli on jest starym dziadem to kim ja jestem? Dziadówą?  I to jeszcze starszą?
... -_-' ...
Jak byłam młoda <:P> nie mogłam zrozumieć tego głupiego gadania cioci i mamy, jak przy okazji swych jubileuszów zawsze marudziły, że to niemożliwe, że licznik wciąż im bije, a one się przecież czują takie młode i zupełnie się z nim nie identyfikują. No jakże to tak, myślałam wtedy odliczając, z niecierpliwością ogromną, dnia mej 18., głupie gadanie.
A tu proszę, nie trzeba wcale długo czekać, żeby samemu doświadczyć tego przedziwnego uczucia, kiedy się człowiek nagle orientuje, że małe szkraby, którymi się zajmował w ich głębokim dzieciństwie, mogą pić alkohol, ALKOHOL i to legalnie! a człowiek się przecież wcale a wcale nie zmienił.
Niucham tu jakiś podstęp Einsteina albo Newtona, a może Higgsa? Gdzieś tu się przecież musi zaginać czasoprzestrzeń, bo jak to inaczej racjonalnie wytłumaczyć?

Rozmyślania rozmyślaniami, ale morał trzeba wyciągnąć. Spieszmy się kochać ludzi - bo za szybko rosną :D

czwartek, 23 stycznia 2014

każdy pisze bloga, piszę i ja:D

<a co jakaś gorsza jestem?>

każdy ma kiedyś kryzys wieku średniego, u mnie zaczął się wyjątkowo wcześnie, hmm a może to po prostu grafomania?
z drugiej strony co za różnica jeśli generalnie chodzi o to aby świat mógł poznać te niesamowite złote myśli którą krążą mi pod beretem? :)
Ach!
już nie mogę się doczekać :D