Są takie filmy, które nawet oglądane po raz setny, wzruszają mnie do łez. Nie wiem na czym do końca polega ich fenomen. Na pewno trochę na tym, że zwykle są to filmy oglądane w głębokiej młodości i pewnie wzruszają mnie wspomnienia z nim związane, niemniej jest w nich też coś czego zupełnie nie potrafię opisać.
Dzisiaj znowu przypadkiem, jak zwykle wertując kanały w tv, wpadłam na film "Mamuśka". Mimo, że oglądałam go już tyle razy, znowu obejrzałam go do końca. Świetna obsada, prosta, ale życiowa fabuła i znowu, po raz nie wiem który, płakałam jak bóbr. Może to faktycznie kwestia historii, która nasuwa mi wspomnienia związane z moją własną rodzinką.
Zawsze jak oglądam ten film myślę o babci, której nigdy nie poznałam, a którą moja mama straciła zdecydowanie za wcześnie, o mamie też myślę, jak było jej ciężko i jakie to musiało być dla niej strasznie przeżycie. I myślę też sobie jak ja bardzo ją kocham i o tym, że chyba bym nie przeżyła gdyby jej zabrakło.
Staram się mówić bliskim, że ich kocham, mimo, że czasem to wcale nie jest takie proste.
Ale zawsze jednak wychodzę z założenia, że lepiej, żeby byli tym znudzeni po dziurki w nosie, niż żebym miała to powiedzieć o raz za mało.
Boże, te hormonalne wahania nastroju mnie kiedyś wykończą.
Idę po chusteczki.
;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz