niedziela, 9 lutego 2014

Kłamstwo to laska z długimi nogami

Kto nie umie kłamać niech tego nie robi.
Kto umie jednak, niech kłamie.
Niech się ze mną kłóci kto chce, a ja i tak zdania nie zmienię. I koniec. Kropka. A nawet amen! (dzięki szczodrobliwości mojego intelektualnego mentora, Pana I Władcy <zwanego dalej PiW, przyp. tłum>, który wyjaśnił mi co to słowo oznacza>.
Kiedy kłamstwo wychodzi na jaw?, kiedy osoba kłamiąca jest cienkim waflem. Bo taka to właśnie jest prawda. Ludzie słabi nie potrafią wytrzymać presji kłamstwa, które stworzyli <dla większego dobra, bo po to przecież kłamiemy> i dlatego w końcu się wysypują. Tak jest najłatwiej, po co dźwigać taki ciężar tylko na własnych barkach? Lepiej się nim podzielić z osobą zainteresowaną i mieć problem z głowy. Bo to do niej będzie należała decyzja czy takowe kłamstwo, a tym samym idącą za nim prawdę, zaakceptować/wybaczyć czy nie. Czy to nie cudowne rozwiązanie? Mąż zdradza żonę, kłamie ją, ale jest już zmęczony i w końcu wyjawia prawdę, mówiąc wspaniałe słowa "wiem, byłem beznadziejny, ale błagam daj mi szansę". I co? od razu kamień spada mu z serca - żona wie, wiec nie musi już się tak gimnastykować z ukrywaniem, a do tego jeszcze, nie musi się nawet bardzo przejmować, bo to ona musi teraz główkować i podjąć decyzję czy mu wybaczy, czy nie. A on może spać spokojnie bo w końcu ma czyste sumienie i się przyznał....
Słabizm, kretynizm i cieniastwo.
Być za to twardym, zrobić coś złego i wziąć to na klatę, to jest prawdziwie męska postawa.
Życie było, jest i będzie chujowe, bo to życie właśnie. I nigdy, przenigdy nie będzie bajeczką na dobranoc, bo nie i chuj. I będą się w życiu zdarzały złe decyzje, głupie wybory, chwile słabości i pokusy. Będą. Ale tylko od nas zależy jak z tego wybrniemy.
Zdarzyło mi się w życiu zrobić kilka złych rzeczy. Ale ich nie żałuje. Bo dały mi więcej niż cokolwiek innego. Pokazały mi moje granice, moje słabości, pragnienia i żądze. I dzięki nim poznałam siebie lepiej niż kiedykolwiek. I muszę kłamać, nie, źle, Chce kłamać, bo po co mam ranić moich najbliższych? Co im da ta wiedza? Może będzie im lepiej?
Na pewno nie.
I tego jestem pewna. I na tyle twarda, że nigdy, choćby mnie przypalali na ogniu się do niczego nie przyznam, bo po co? żeby ranić? nie dziękuję. życie jest wystarczająco chujowe.
Kłamstwo nie ma krótkich nóg, tylko słabych właścicieli.
Dobre kłamstwo to laska z długimi nogami.




3 komentarze:

  1. Ja mimo wszystko uważam, że ważna też jest świadomość Twojej własnej osoby i otoczenia.
    Bo po pierwsze, jak można ufać drugiej osobie skoro wiesz, że jej podejście to "nawet jak zrobię coś okropnego to Ci się nie przyznam żebyś miał mnie wciąż za wspaniałą"? Czy to nie jest też trochę odgrywanie kogoś przed ukochaną osobą? Kogoś kim nie jesteśmy? Bo my to czerń i biel... a nie tylko wyselekcjonowane elementy. (sama piszesz, że dzięki temu złemu poznałaś siebie) A fajnie jest być z kimś i mieć świadomość, że znamy tę osobę ze wszystkim i ją mimo to kochamy, oraz że ta osoba zna nas w całości a i tak za nami skoczy w ogień.
    Po drugie jeśli jestem wrażliwy, płaczę na filmach to mam w głowie świadomość mojej osoby - jestem uczuciowy. Jeśli łatwo poprawiam humor innym, jestem uśmiechnięty - jestem radosny. A jeśli prowadzę podwójne życie? Okłamuję? Mam w sobie dwie osoby, w tym jedną którą ukrywam przed tymi którzy powinni mnie znać najlepiej.... - to jaki jestem?
    Poza tym myślę, że po wyjawieniu czegoś co źle zrobiliśmy drugiej połówce wcale ból się nie kończy.
    Teraz przychodzi inny czas. Bo musisz się zmierzyć namacalnie z tym, że tę osobę zdradziłaś, poczuć ból tej osoby. Mi by nie było łatwiej widząc jak ktoś kogo kocham cierpi przez coś co zrobiłem, próbuje mi wybaczyć z bólem.
    Moim zdaniem ta część może być nawet bardziej bolesna. Ból nie zawsze podzielony na 2 jest mniejszy.
    Mówisz, że to co złe umacnia. Myślę, że umacnia też po wyjawieniu sekretu. Bo jeśli we dwoje sobie poradzicie z czymś co komuś z was nie wyszło... tu musicie być zajebiści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz Maven...
      bo to wszystko nie jest takie proste. Przecież to nie jest tak, że witasz się z kimś i mówisz "hej jestem Zosia, będę Cie okłamywać" to raz, a dwa, kłamstwo nie wynik premedytacji tylko chłodnej kalkulacji. Może nie wyraziłam się precyzyjnie, ale chodziło mi o kłamstwo post factum, a nie o wielkie złowieszcze planowanie i wykorzystywanie wszystkich okazji, bo przecież kłamstwem i tak się zasłonie.
      Chodziło mi bardziej o to, że Moim Zdaniem, po fakcie prawda nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem i są sytuacje w których dla większego dobra jestem w stanie w kłamstwie trwać.
      A odnosząc się do tego co napisałeś, cóż, z tego co widzę, mam zupełnie inny pogląd na pewne sprawy, bo widzisz, po pierwsze primo, uważam, że zawsze przed każdym kogoś trochę udajemy, bo tacy już jesteśmy, kimś innym jesteśmy dla mamy, kimś innym dla kumpli a kimś innym dla drugiej połowy i to ani źle ani dobrze, po prostu każdy rozbudza w nas trochę inną część 'ja'. I mimo, że znasz swoją drugą połowę na wylot to nigdy do końca nie wiesz jaka ona jest gdy Ciebie nie ma obok.
      Po drugie primo, jeśli szybko się wkurzam, wiem, że jestem niestabilna, jeśli dużo się śmieje, wiem, że jestem radosna, a jeśli czasem skłamie wiem, że popełniam błędy i nie jestem doskonała. Nie widzę potrzeby budować na tym historii z podwójną osobowością, nikt przecież nie jest doskonały, a osobowość to kwestia definicji.
      I trzecie primo, dość jednoznacznie zinterpretowałeś moje słowa o robieniu złych rzeczy, a ja miałam na myśli naprawdę wiele różnych sytuacji, w których nie wszystko obraca się tylko wokół zdrady, w sensie dosłownym.
      Nie dam się chyba przekonać, że wiedza na temat mojego niezdanego egzaminu albo oblanego kolokwium w jakikolwiek sposób jest dla świadomości moich rodziców lepsza niż jej brak :)

      Usuń
    2. Premedytacja nie jest równa chłodnej kalkulacji?:)
      Zastanawiam się, czy „większe dobro” to nie unikanie użycia „mniejsze zło” (pozdrowienia do Andrzeja Sapkowskiego i jego opowiadania o tym tytule).
      Co do udawania przed innymi kogoś innego też nie jestem pewien , czy to opiera się na grze. Raczej po prostu wchodzimy w pewne role... automatycznie. Inaczej zachowujemy się przy rodzicach, inaczej w kręgu przyjaciół, inaczej przy kimś kogo kochamy. Ale czy wtedy udajemy? Nie. Po prostu tak czujemy i tak się zachowujemy. A z tym znaniem drugiej połówki to też nie chodziło mi o to żeby zachowywała się przy mnie jak przy ojcu, bo chcę poznać też tę stronę jej osoby, ale chcę wiedzieć po prostu jak wygląda moja obecność w jej życiu gdy nie stoję obok. Chcę być zawsze, nie tylko wtedy kiedy mój wzrok wyznacza granice tego co może zrobić.
      Nie można też porównywać informacji o egzaminie do informacji o zdradzie.
      Wybacz, że tak ograniczyłem Twój post do rozważań o miłości. Chyba po prostu miałem ochotę o tym pogadać;)

      Usuń