Jak co roku, także i w tym roku święceniem koszyczka zajęłam się ja. Ten przywilej generalnie jest zarezerwowany dla najmłodszych, a że u mnie w rodzinie młodszych ode mnie nie ma. Cóż. Oczywiście nie biorę tu nawet pod uwagę mojej ukochanej siostry, która z pasją maniaka twierdzi, że takie święcenie koszyczka mogłoby jej wyrządzić ogromną krzywdę na całe jej dalsze ateistyczne życie. Trudno. Przywykłam, że nie ma co się spierać, bo i tak koniec końców do kościoła pójdę ja.
W tym roku jednak spotkała mnie nagroda i mój tato po względnie szybkiej namowie zgodził się pójść ze mną.
Mimo że święcenia odbywają się od 7 do 17 co pół godziny, na specjalnym stole nie było już miejsca. Musiałam trzymać swój koszyczek w rękach i nie dać się zepchnąć, co by mnie na pewno dosięgnęła święcona woda.
Ksiądz zaczął modlitwę, pobłogosławił jajka, wszyscy się przeżegnali, pobłogosławił kiełbasę, wszyscy się przeżegnali, błogosławił dalej i dalej wszyscy ciągle się żegnali. Damn. Stałam w tym kościele a w środku po prostu się we mnie gotowało.
Ludzie?! Czy wy jesteście kiełbasami, jajkami, czy przyprawami?!
Za każdym razem ciągle to samo. Normalnie miałam ochotę zapytać panią obok czy ona w ogóle słucha co się wokół niej dzieje.
Zirytowałam się na tyle, że w ogóle nie mogłam się skupić. Głupi ludzie.
Humor poprawiła mi dopiero moja siostra w domu. Kiedy opowiedziałam jej o całej tej historii, stwierdziła, że może ktoś się czuje kiełbasą i wziął to błogosławieństwo do siebie.
Pobożność ludzi nie zna granic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz