Tyle się dzieje w tej mojej pracy, że czasem naprawdę szkoda, żeby uciekło to w niepamięć.
Ostatnio.
Jechałam do pracy samochodem, K. zgodził się go pożyczyć bo i tak nie miał motoryzacyjnych planów na sobotni wczesny ranek. Na dzień dobry okazało się, że droga która zawsze jeżdżę została zamknięta, musiałam parkować na trawie koło budowy, co mnie jednak wcale nie zmartwiło - w sumie o dziwo, bo takie sytuacje niezmiernie mnie irytują i wprawiają w gorszy nastrój. Do tego jeszcze padał deszcz, weekend się zaczął to i pogoda musi dopisać, ale to także nijak mi humoru nie pogorszyło. To zdecydowanie oznaczało, że w pracy będzie wesoło. A ja się nigdy nie mylę :)
Po niezbyt długich pertraktacjach dostała mi się asysta z doktor M., w grafiku nie było najgorzej, do tego M. to fajna babka, z tych miłych, wiec dobry humor mnie nie opuszczał. Koło 9.30 miał przyjść pierwszy pacjent, ale M. zadzwoniła, że go jednak nie będzie, więc i ona przyjedzie trochę później. Ciśnienie nieco opadło, jeszcze raz omiotłam wzrokiem gabinet - wszystko było na swoim miejscu, przeglądnęłam wszystkie szafki, coby sobie odświeżyć gdzie co leży, bo niby wszystko to samo, ale w każdym gabinecie poukładane inaczej, a nie ma to jak potem przy pacjencie przeszukiwać wszystkie szuflady na gwałt, bo głupiego preparatu to tamowania krwawienia nie można zlokalizować.
Pacjent numero uno. W poczekalni cisza, reszta pracuję, myślę, też coś porobię, bo czego jak czego ale nie cierpię się nudzić w robocie. A tu otwierają się drzwi, wchodzi starszy pan, rozgląda się i widzę że zaraz zagada. Przyglądam mu się bliżej i zanim mój mózg łączy twarz ze wspomnieniami, przemiły Pan sam rozwiązuje zagadkę. Przedstawia się w drugim zdaniu dodając, że jest profesorem chirurgii, PROFESOREM CHIRURGII i że ząb go boli od rana i że chciałby być przyjęty. Me lico się rozjaśnia, pewnie rozjaśniłoby się jeszcze bardziej gdybym miała z nim egzamin, uśmiecham się i mówię jak umiem najprofesjonalniej, żeby zaczekał, że zaraz się dowiem co można z tym zrobić. Jako że jestem na końcu asystenckiego łańcucha, nie podejmuję żadnych decyzji sama, wszystko konsultując ze starszyzną po fachu. Idę po E. do gabinetu nr 1, mówię jaka sytuacja, ona wychodzi i po raz drugi słyszę jaki to zacny pacjent nas nie odwiedził, bijcie pokłony narody, profesor chce sobie u nas zrobić zęby. Pani doktor J. zgodziła się go przyjąć, swoje odczekał, a na pożegnanie zaszczycił nas komplementem - świetna obsługa. Ach. Moje życie zmieniło się na lepsze. Dodam tylko, że nie omieszkałam sobie zerknąć na kartę pacjenta, którą pan profesor wypełnił czekając na przyjęcie i wiem że urodził się 1. stycznia, ha, tyle wygrać.
Pacjent numero dos. Pan profesor był jednak tylko preludium do prawdziwej bomby owego dnia. Godzina 9.50, do przychodni wchodzi dwóch facetów, jeden stary i gruby na wizus sprzedawca ciuchów na bazarze, drugi młody i wysoki, typ wyżej sram niż dupę mam, ale nie ocenia się ludzi po pozorach. Podobno.
M. jak zwykle wpadła na styk, a tu jeszcze trzeba się przebrać, przygotować i w sumie w gabinecie wylądowała po dziesiątej. Ojciec i syn weszli do gabinetu. Ojciec na dzień dobry do M., waląc po imieniu, co bardzo mnie zdziwiło i zniesmaczyło, że co nie chciało się wstawać, że M. to chyba raczej z tych śpiochów. Ja takie oczy na niego, czy go powaliło kompletnie czy on tak serio i wyglądało, że serio, wiec myślę sobie oho, będzie się działo. Syn wlazł na fotel, a ojciec dalej stoi i nie wykazuje żadnej chęci opuszczenia gabinetu. Dyskretnie zerkam na kartę pacjenta, bo może faktycznie syn niepełnoletni,a tu proszę rocznik 93... Nim jeszcze M. zaczęła mu gmerać w paszczy, syn (zwany dalej S.) zwraca się do mnie tonem co najmniej znawcy wszystkiego, żeby mu podać najmocniejsze znieczulenie, ale najmocniejsze, zrozumiała pani?, najmocniejsze. Zerkam na M. z lekkim zdziwieniem, że może o czymś nie wiem i zakupili coś specjalnego, ale ona się tylko lekko uśmiecha pod nosem i wszystko jasne. Wyciągam więc z szafki znieczulenia i mówię tonem najsłodszym ze słodkich, że jest najmocniejsze jakie mamy, żeby S. był spokojny i się nie denerwował. I wszystko byłoby cudowne do obrzygania, gdyby nie ojciec (zwany dalej O.), który bez pardonu zakomunikował swojej winorośli, że jest chyba durna, że normalnie znieczulenie dostanie jak wszyscy i żeby nie pajacował, bo już dorosłym facetem jest. O. dalej z gabinetu nie wychodzi, coby mieć dorosłego syna na oku. M. robi drugie podejście by młodemu w dziób zaglądnąć, a on do niej, prawie jak poparzony, że jeszcze znieczulenie nie zaczęło działać, że niech się ona do jego uzębienia lepiej nie zbliża. Zaczynam się pocić ze śmiechu. W końcu M. udaje się wytłumaczyć S., że znieczulenie działa i że może bezboleśnie mu w te zęby zaglądnąć. Sukces. Przez cały zabieg O. faszerował nas fachową wiedzą medyczną sprawdzając czy M. nadąża za najnowszymi trendami. Co ona by bez niego zrobiła, w stomatologii to chyba już niewiele. Dobrze, że O. w ogóle zechciał się z nami tą wiedzą podzielić, bo naprawdę byłoby krucho. Na koniec naprawdę myślałam, że mi spodnie spadną z wrażenia. M. mówi do młodego, żeby sobie zęby obejrzał językiem czy nie ma żadnych szorstkich powierzchni, na co O. do niego, no młody językiem po zębach, rozumiesz? no po zębach, żeby sprawdzić czy nie ma nic szorstkiego, no tak właśnie i tu pełna zwizualizowana demonstracja. Umieram ze śmiechu i rodzę się na nowo, a na twarzy oczywiście pełna profeska.
Bo jestem super profesjonalną asystentką i kocham swoją prace :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz